Podczas spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki sięgnęliśmy po „Pieśni łaciatych krów” Łukasza Staniszewskiego – powieść niezwykłą, pełną magii, groteski, czarnego humoru i… coraz bardziej niepokojących znaków nadchodzącej katastrofy.
Przenieśliśmy się do warmińskich Skowycz, gdzie rzeczywistość miesza się z tym, co nadprzyrodzone. To świat, w którym dyduki i duchy są czymś zupełnie realnym, a nawet zwierzęta potrafią przemówić.
Dużo rozmawialiśmy o Bernardzie Wittenie – gburowatym, upartym gospodarzowi, który zdecydowanie nie należy do bohaterów, których łatwo polubić. Nie przepada za ludźmi, za to ogromną wagę przywiązuje do swoich łaciatych krów. Paradoksalnie właśnie ten człowiek zostaje postawiony przed zadaniem uratowania innych.
Szczególnie interesujący okazał się motyw suszy. Bernard, mimo że początkowo nic nie zapowiada katastrofy, buduje zbiornik na wodę. Z czasem okazuje się, że przez Skowycze nadciąga prawdziwe zagrożenie – ziemia wysycha, a woda zaczyna decydować o przetrwaniu mieszkańców. Rozmawialiśmy o tym, czy suszę można potraktować wyłącznie jako element fabuły, czy również jako metaforę współczesnego świata i kryzysu klimatycznego.
Nie zabrakło również rozmów o niezwykłych mieszkańcach Skowycz – Babie zajmującej się magią, księdzu Pieczonce, lekarzu Piechowiczu, a także o świecie, w którym granica pomiędzy życiem i śmiercią jest wyjątkowo cienka. Pojawienie się zmarłego ojca Bernarda dodatkowo komplikuje rzeczywistość głównego bohatera.
Książka wywołała różne emocje i opinie. Jednych zachwycił niezwykły język, warmiński klimat i połączenie baśni z groteską, innych nieco przytłoczył chaos wydarzeń i mnogość niezwykłych motywów. I właśnie ta różnorodność zdań sprawiła, że mieliśmy o czym rozmawiać.
„Pieśni łaciatych krów” okazały się lekturą, obok której trudno przejść obojętnie. Trochę nas bawiły, trochę niepokoiły, a przede wszystkim skłoniły do zastanowienia się nad człowiekiem, naturą, przemijaniem i tym, jak zachowujemy się, kiedy świat, który znamy, zaczyna się rozpadać.

